Inny świat


                  G                Ó                 R             Y 



Te kilka liter niesie ze sobą tyle treści, że ciężko zacząć coś o nich pisać. Dobrym podsumowaniem w dwóch słowach mógłby być podtytuł jednej z technicznych książek o alpinizmie: "Wolność i Przygoda". 

Ale dla mnie góry to coś nieopisanie ważnego i doniosłego w moim życiu. Tak wiele zdarzyło się dzięki nim, w nich, mimo, że spędziłem w górach znacznie mniej czasu, niżbym chciał.

To miejsce gdzie poznałem siebie.

To miejsce gdzie zrozumiałem, czego naprawdę szukam w życiu. 

To miejsce, do którego zawsze zmierzałem od kiedy je zobaczyłem. 

Pamiętam jak dziś, jak mistyczne było dla mnie wyobrażenie gór. Ich widok na horyzoncie niezmiennie budzi moją olbrzymią ekscytację. Jest to zapowiedź wspaniałych chwil. Obietnica ekstatycznych prawie przeżyć, jakby to egzaltowanie nie brzmiało. 

Widok to jedno.

Wyobraźnia to znacznie więcej. Mam to szczęście, że mój ojciec pochodzi z okolic Karkonoszy. Góry były więc na horyzoncie co wakacje, mimo, że wychowywałem się pod Szczecinem. Nauczyłem się jednak marzyć o górach na horyzoncie, nawet gdy były bardzo daleko. Od zawsze, do teraz, szukam kształtu gór w chmurach. Zarysu potężnych ośnieżonych grzbietów w oddali. Dzikiej, odległej krainy, w której przygoda jest na wyciągnięcie ręki. 

Brzmi to wszystko bardzo górnolotnie (nota bene), ale wcale nie jest tak, że góry same w sobie są w stanie wzbudzić we mnie tą ekstazę. Być może są ludzie, dla których skała sama w sobie jest wartością. Dla mnie góry to ludzie. To historie, spotkania, przygody, piękne, nie dające się wykreślić chwile, To piękne, że się wydarzyły. Tak piękne, że aż żal ściska, że chwile te właśnie JUŻ się wydarzyły, że nie można ich powtórzyć. Nie powtórzę magicznego wieczoru w schronisku Roztoka w Tatrach, gdzie śpiew przypadkowo (przynajmniej z mojej perspektywy) przybyłych bardów zmienił mi góry w miejsce magiczne, pełne duchów, zionące przyjaźnią. Nie powtórzę znoju w przemokniętych spodniach i chwil grozy, gdy schodząc z Koziej przełęczy po raz pierwszy, odbierałem ją jako przepaść. Nie powtórzę magicznego koncertu bluesowego na ulicy w Zakopanem. 

Nie powtórzy się też spotkanie i zauroczenie, z osobą mi najdroższą. Kiedy zupełnie nieświadom tej bliskości cieszyłem się po prostu chwilą. Nie powtórzą się wspólne z nią podróże. Niesamowita jest myśl, że mogliśmy się kiedyś nie znać. Nieznośna, że kiedykolwiek nie było mnie lub nie będzie blisko, gdy będę potrzebny. 

Góry przyprowadziły mnie tu, gdzie jestem i dalej wiodą mnie gdzieś swoimi kamienistymi, fascynującymi ścieżkami. Jestem otwarty na to co na nich napotkam, z niecierpliwością gotuję się na podróż, ale zupełnie nie mogę przyjąć faktu, że coś ważnego, część mnie, zostawiam gdzieś po drodze jak cenny kamień, który wypadł z pod otwartej klapy plecaka. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Graj mi zawsze pieśni skrzydlata